W radiu, telewizji, internecie, w gazetach, których jeszcze nie miałam w ręku - wszędzie. Głoszą wszem i wobec, cyferka w kalendarzu krzyczy zapisana na czerwono - 1 listopada - wszystkich świętych.
Nigdy nie mogłam pojąć o co tak naprawdę chodzi. Moje nastawienie, co do tego dnia jest krytyczne. Dla mnie osobiście to jeden wielki cyrk, co roku jestem zmuszana mimo woli, by brać w nim udział także.
Bo dlaczego niby ludzi przypominają sobie tylko raz w roku o innych tak naprawdę? Czemu np 5 kwietnia czy 27 lutego nie zaświecą świeczki na grobach swoich bliskich, nie przystaną, pomodlą się, nie kupią pięknego kwiatka. Same paradoksy. A rok w rok uwielbiam ten akcent z pisaniem na blogach, opisach komunikatorów słynnej kombinacji paru symboli, które mają oznaczać, co? Sama się nad tym zastanawiam. [*] niby zapalona świeczka, potem współczucie, żal, smutek? Niee, nie zamierzać się w to dalej mieszać. Bądźcie sobie śmieszni nadal w tym wszystkim.
Może kiedyś będzie mi dane poczuć stratę naprawdę bliskiej osoby i wtedy to pojmę.
Póki, co to krzyż na drogę, ale Wam, żywym.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz