poniedziałek, 16 lutego 2015

roztargnienie

Pisząc zazwyczaj poszukuję jakiegoś utworu, który pomoże mi wyrazić to, co chciałabym napisać. Jednak ostatnio mam z tym problem, obiecałam sobie bardziej celebrować chwilę, a tymczasem znów pędzę nie wiadomo za czym. Tęsknie potwornie za pisaniem. Moje stare przyzwyczajenia, opisywanie dni, ważnych momentów przestało być moją czynnością docelową. Mam zdjęcia, na razie to one pełnią funkcje nadrzędną. 


Ten oto niedokończony wyżej post znalazłam w wersjach roboczych z 2013 roku.
Dziś jest rok 2015.
Ostatni post opublikowany w 2012.
Miałam wiele blogów przed tym, każdy oznaczał jakiś rozdział w moim życiu. Okres buntowniczki, nastolatki, dorastającej, wszystkie problemy opisywane w sieci. Dlaczego właśnie świat wirtualny? Bo brak takich rzeczywistych osób, "powierników" w codziennym życiu? Pytam, a odpowiedź pewnie znam tylko ja, więc prościej zapytać samą siebie.
Wracając, to właśnie co napisane na samej górze, pomimo, że minęły prawie 2 lata, to wciąż aktualne. To samo mogłabym napisać 5 minut temu. Niewiele się zmieniło.
Głupia ja. Oczywiście, że wiele się zmieniło. Za jakieś 2 miesiące będę miała to podobno magiczne oczko. Będę mogła już przyznawać się oficjalnie, że mam 21 lat. Niektórzy uważają przyznawanie się do wieku za jakiś wielki wstyd. Ja tego tak nie odbieram, nie czuję się ani staro, ani młodo. Uważam nadal, że mam na wszystko czas i że wszystko mogę robić niezależnie od wieku. Metryka u mnie nie gra roli. 
Pisałam o muzyce. Tymczasowo tkwię w jej braku. Cisza? Nie, to też nie to. Słyszę szum oddychającego z przegrzania laptopa. Słyszę to "stukanie" na klawiaturze. Czasami słyszę jakieś odgłosy za oknem. W kolejnym od niespełna 4,5 miesięcy trzecim mieszkaniu. Nie mogę w tym roku znaleźć sobie miejsca, wszędzie mi źle. Niedługo pewnie pora będzie znaleźć i to czwarte, nowe, lepsze. Może w końcu spróbuję zacząć żyć z ludźmi, a nie obok nich. Przechodząc nieraz bez słowa, wychodząc bez słowa, odchodząc bez pożegnania. 
Czuję pewnego rodzaju ulgę, że mogę zająć się czymś w pewnym stopniu pożytecznym. Nie lubię pisać jeśli narzuci mi się jakiś temat, takie moje wolne rozmyślania jak to są pewnego rodzaju terapią dla mnie. Jakkolwiek abstrakcyjnie to brzmi. Przecież robiłam to już kiedy miałam te 13, 14 lat, więc teraz powinnam to teoretycznie kochać, ale tak nie jest. Ciągle znajdowanie sobie innych zajęć, bezproduktywnie wyczerpujących czas do maksimum. Zasypianie z telefonem w ręku, w ubraniu, z makijażem, z pustą butelką lub kieliszkiem obok. Boję się coraz bardziej, że coś ze mną nie tak, że pogrążam się jeszcze bardziej w lęku, samotności zamiast odbić się od dna. Realne odbicie miałam przez jakieś 3 miesiące, przez pewnego Pana, którego imienia nie chcę już używać. Z którym nawet nie potrafię już rozmawiać, przy którym czuję się obco, a jeszcze jakiś miesiąc temu bliskość ta wydawała się czymś zupełnie normalnym i naturalnym. Jest mi smutno, przykro, czuję się rozżalona... Chyba nigdy nie przestanę narzekać. Ale co mi tam, przecież mogę, tutaj zawsze.
I... chyba do tego wrócę.
Czuję się tu dobrze.
Jak w domu. Chociaż nie wiem co to prawdziwy dom.
Ale nie chcę o tym myśleć.
Nie teraz.

Kilkanaście minut po północy. 
Zaczął się nowy dzień.
Niech będzie dla mnie łaskawy... proszę.