poniedziałek, 11 października 2010

pustka

Miło było dziś wrócić do domu, pustego od tak bardzo dawna. 
To nic, że znów od początku zaczynam wszystko olewać, choć obiecałam sobie, że tym razem wezmę się ostro do pracy. 
Przysięgłam też sobie, że tego tygodnia nie mogę zmarnować. Bo nic nie zdarza się 2 razy. 
Dobrze wiedzieć, że ukochany tatuś wyjechał na prawie miesiąc. Przez telefon jego głos wcale nie brzmi tak strasznie. Odnotowałam dziś właśnie chyba najdłuższą w moim dotychczasowym życiu z nim rozmowę - ponad 6 minut, aż sama się sobie dziwiłam. 
Jesień miała być fajna w tym roku, chciałam ją wreszcie poczuć, nacieszyć się tymi pożółkłymi liśćmi spływającymi po betonowym chodniku. A tu niemiła niespodzianka. Chłodne powietrze, poranne mrozy, nic, a nic nie daje mi satysfakcji. Wieczory są okropne, nawet ruch na rowerze nie rozgrzewa już jak powinien. Nie widzę tego światła nocą, mgła, ciemność, więc szybciutko zasuwam rolety, żeby nie robiło mi się przykro.
Jednak są jeszcze zdarzenia, osoby, którą pozwalają mi się uśmiechać. No i plany, które dają mi chęć, by przeżyć choćby głupią nadzieją. Chociaż wiem, że tak nie powinno się robić. Mało czasu, czasu coraz mniej, wszystko się zbliża, cieszymy się i nie, czekamy na szczęśliwy end.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz